XI Turniej Rycerski w Czersku

Maciej Denenfeld

Droga w nieznane

W tym roku rozpoczęliśmy sezon jak trzeba i zawitaliśmy na turnieju w Czersku. Po raz pierwszy. Po tylu latach w końcu z drugiej strony, nie jako turyści. Czekaliśmy długo i w końcu stało się. I to jest to. Dużo nowych twarzy z całego kraju (pozdrawiamy wszystkich!), turniejowe emocje i wieczory w obozie. Brakowało mi tego strasznie.
Przybyliśmy we czwartek wieczorem. Obóz rozbity, ekipa przebrana. Zaczął lekko kapać deszcz. Zasiedliśmy przy ognisku. Głosy, uśmiechy, pozdrowienia i uściski. Ciężko być nowym w obozie pełnym znajomych i przyjaciół :) Dla nas tabula rasa, ale od czegoś trzeba zacząć! Dołączyliśmy z naszym Tarnowskim Bractwem Rycerskim do Hufca Krakowsko-Sandomierskiego. Oficjalnie teleportowaliśmy się do XIII wieku.

Harce, hulanki i swawole, ledwo karczmy nie rozwalą

Dla nas, nie biorących udziału w turniejach czas płynął spokojnie. Piątek to czas przyjazdów i rozkładania obozów. Rano na placu było kilka namiotów. Po południu nie było już praktycznie miejsca! Chłopaki z Bractwa gotowali się do turniejów, wszędzie kolczugi,  przeszywanice, hełmy, miecze, topory i tarcze. Wybraliśmy się na zamek, zobaczyć gdzie to wszystko będzie się działo. Od obozu do Zamku Książąt Mazowieckich dzieliło nas 7 min pieszo. Sam zamek to głównie most, mury i trzy wieże. Wygląda okazale. Świetne miejsce na takie zacne wydarzenie. W środku na placu zaczęły pojawiać się kramy z dobrociami i szranki, w których staną w boju dzielni rycerze.

Sobota i niedziela to dwa główne dni, podczas których działo się najwięcej. Turnieje i walki rycerskie przyciągały najwięcej ludzi. My spędziliśmy część dnia kibicując Jarkowi Hobbitowi w turnieju łuczniczym. Górka przed zamkiem była nasza! Emocje były ogromne, konkurencje ciekawe a pogoda idealna. A Jarek zajął zaszczytne II miejsce w konkursie, z niewielkim odstępem punktów do I miejsca. Szacun! Łucznictwo pochłonęło nas tak bardzo, że ominęliśmy kilka konkurencji zbrojnych i pokaz sokolników. Cóż, warto było. Tą kilkugodzinną przerwę w turniejowych rozrywkach zbrojnych uzupełniliśmy oglądaniem potyczek Dzikolujów, naszego bractwowego pro teamu walczącego z resztą XIII wiecznego świata. Chłopaki dają czadu i wbijają się w szeregi przeciwników jak tasak w masło! Dominowała broń, którą można opisał dwoma słowami: miażdżąco-łamiąca. Miecze były drugorzędne. Mimo, że sam wolę miecz, to podziwiałem z zapartym tchem walki w pełnym kontakcie. Bez owijania w len, chłopaki trzaskali się na całego. Mimo tak zaciętych walk obeszło się bez poważnych kontuzji. Prawdę mówiąc nie chciałbym znaleźć się między nimi w stroju cywila. Na zdjęciach i filmach tego nie widać, jak miażdżąca jest siła nacierających na siebie ludzi w ciężkich pancerzach kolczych. Nic tak nie poprawia humoru w piękny sobotni wieczór jak szczęk mieczy i toporów oraz głuchy huk uderzeń na tarczę.

Walki były dynamiczne i w niektórych momentach spektakularne dążące do legendarnych.  Mimo temperatury, chłopaki walczyli do ostatnich sił a motywacja płynąca z okrzyków dawała im siłę do wyrzucania się za szranki. Zmęczenie odchodziło w zapomnienie kiedy wielkimi krokami zbliżała się chwała zwycięstwa!
W przerwie udaliśmy się na mały, tradycyjny posiłek i lekki shopping wśród kramów.

Posileni wróciliśmy w pobliże pola bitwy gdzie szykowano się do wielkiej batalii, która miała zakończyć dzień turniejowy. Inscenizacja wypadła wyśmienicie, liczni łucznicy ubarwili wydarzenie gęstym ostrzałem, żelazo głośno manifestowało obecność zbrojnej potyczki a ludzie wiwatowali będąc pod wrażeniem jakie serwowali im niezastąpieni wojowie.

Kolejny dzień to dalsze turnieje i walki zbrojne. Nie mogło również zabraknąć pokazów łucznictwa konnego. Jedynie nas gdzieś w tym czasie wywiało i podobnie jak nie widzieliśmy spektakularnych przelotów drapieżnej dywizji powietrznej, tak nie widzieliśmy łuczników na koniach. Szkoda bo bardzo chciałem ich zobaczyć.

Po długim dniu ciężkich walk przyszedł czas na odrobinę rozrywki mniej brutalnej. Dla licznie zgromadzonych, szukających rozrywki wesołej, szlachetne panie i panowie możni przygotowali Bieg Dam cieszący się ogromnym powodzeniem i poklaskiem. My natomiast, strudzeni dniem i natłokiem wydarzeń udaliśmy się na posiłek w pobliskim kramie z pachnącym jedzeniem i wyśmienitym kwasem chlebowym. Przy okazji, moje oko przełączyło się w tryb poszukiwania niecodziennego wyposażenia i znalazło wspaniałą blachę leżącą zaraz pod wypiekami, które tam serwowano. Strasznie mi ta blacha przypadła do gustu, ale mimo próśb o jej odstąpienie za złote polskie, nie dało się pozyskać tego artefaktu od właścicieli, którzy twierdzili, że jest im potrzebna :) Cóż, może kiedyś jeszcze taką znajdę.

Dalej to już rzecz zwiastująca rychły koniec wydarzenia i zbliżająca się teleportację do współczesnego świata. Popołudnie upłynęło nam na składaniu obozu i powrocie do domu. Plac znowu pozostał pusty.

Resztę niech opowiedzą zdjęcia.

 

Dzień drugi

Zobacz także

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Używamy ich także aby wyświetlić kilka personalizowanych reklam. Dane są anonimowe. Zawsze możesz zmienić ustawienia jeżeli chcesz. OK Czytaj więcej